Pacjent z podejrzeniem zawału serca trzykrotnie
w jednym dniu przyjeżdżał do szpitala
w Mińsku Mazowieckim i trzykrotnie lekarz
odmówił mu przyjęcia na oddział.
Tego samego dnia pacjent zmarł.
r e k l a m a
We wtorek (19 stycznia) w mińskim szpitalu zmarła teściowa Kamila Komuda. Mimo że miała dopiero 51 lat, była schorowana. Rodzina przygotowywała się do pogrzebu, który miał być w piątek. Ale we czwartek, mąż zmarłej, Józef Wocial, poczuł się źle. Zięć z synem trzykrotnie wozili mężczyznę do mińskiego szpitala, na oddział ratunkowy. Prosili, by go przyjąć chociażby na obserwację. Lekarz pracujący na oddziale trzykrotnie odsyłał pacjenta do domu sugerując znerwicowanie, nadmiar emocji i stres. Za trzecim razem, kiedy wrócili ze szpitala do domu w Karolinie (gm. Mińsk Mazowiecki), mężczyzna wysiadł z samochodu, zrobił kilka kroków, upadł. Zmarł na dzień przed pogrzebem żony.
Józef Wocial był o dziesięć lat starszy od żony. Kiedy kobieta przebywała w szpitalu, lekarze raczej nie dawali szansy, że z choroby wyjdzie. Mimo, że śmierć była spodziewana, to dla najbliższych stanowiła tragedię. 21 stycznia dochodziła gdzieś godzina 13. Józef Wocial poczuł się słabo, czuł duszność, ból w klatce piersiowej. Zięć Kamil Komuda zawiózł więc go do mińskiego szpitala na SOR (Szpitalny Oddział Ratunkowy). – Wówczas byłem sam z teściem i po raz pierwszy zetknęliśmy się z doktorem – komentuje zięć. – Lekarz podniesionym głosem stwierdził, że teść nie wygląda na osobę chorą. Poza tym, jak powiedział, do przyjęcia potrzebne jest skierowanie z przychodni od lekarza rodzinnego. Odsyłając nas po skierowanie nawet się nie pofatygował, by pacjenta obejrzeć.
Pomyślałem sobie, że teść prędzej umrze niż takie skierowanie przywieziemy. Skoro jednak lekarz mówi, że potrzebne mu skierowanie, to wziąłem teścia i pojechaliśmy do przychodni, w której był zarejestrowany. Usłyszałem także uzasadnienie, że po godz. 18 w szpitalu takie skierowanie pacjenta na SOR już nie jest konieczne, ale do 18 musi być. W Przychodni Rodzinnej „Mariolka” w Mińsku pani doktor nie kryła oburzenia, że od teścia na SOR wymagano skierowania. Wykonała mu badanie EKG. Powiedziała, że wynik badanie nie jest dobry. Wypisała skierowanie do przyjęcia na oddział wewnętrzny. „Proszę o przyjęcie i leczenie” – napisała lekarka uzasadniając prośbę rozpoznaniem schorzenia.. Zięć i teść wrócili do mińskiego szpitala zaopatrzeni tym razem w wymagane wcześniej skierowanie od lekarza rodzinnego. – Znowu był ten sam lekarz – mówi zięć. – Spojrzał na wyniki EKG. Odłożył i powiedział, że pacjent jest podenerwowany sytuacją, bo zmarła mu żona. O tym wspominał teść podczas pierwszej wizyty w tym dniu w szpitalu. Uzyskane skierowanie, którego wcześniej oczekiwał, już go nie interesowało. Podał teściowi na korytarzu tabletkę na obniżenie ciśnienia krwi, wodę do popicia i kazał poczekać z pół godziny.
Mężczyźni siedzieli i cierpliwie czekali, bo jak mówi zięć, zaufał lekarzowi. Zobaczył, że teściowi zrobiło się lepiej. Tabletka pomogła. Po pół godzinie lekarz na korytarzu złapał rękę pacjenta, namierzył puls, spojrzał na zegarek i poinformował, że jest dobrze. – Może pan jechać do domu - stwierdził. Dlaczego zięć nie protestował? Miał przecież w ręku skierowanie do szpitala, wyniki EKG? – W nerwach się nie myśli – mówi. – Jestem z natury spokojny, tolerancyjny. Zostałem postawiony do pionu, ale faktycznie nie protestowałem.
Odwiózł teścia do domu do Karoliny. Dochodziła god. 16.30, kiedy po raz kolejny Józef Wocial poczuł się źle. Tym razem syn, Krzysztof Wocial, zadzwonił na pogotowie i prosił, by przyjechali. Od dyspozytorki pogotowia usłyszał jednak, by najpierw skontaktowali się z lekarzem rodzinnym, tym samym, który dwie godziny wcześniej wystawił ojcu skierowanie do szpitala. Syn zadzwonił. W przychodni usłyszał tylko potwierdzenie, że skierowanie przecież wydano i pacjent powinien być już w szpitalu. Ale nie był. Rodzina była już całkowicie zdezorientowana, co zrobić, by coraz słabszego ojca umieścić w szpitalu. Jego stan się pogarszał.
Po raz trzeci tego dnia Krzysztof Wocial i Kamil Komuda wsadzili Józefa Wociala do samochodu i zawieźli do szpitala na SOR. Znowu trafili na tego samego lekarza. – Może mieliśmy pecha, że on do nas wychodził – zastanawia się Kamil Komuda. – Zrobił tym razem teściowi EKG, pielęgniarce zalecił podanie mu czegoś do wypicia na uspokojenie. Teść to wypił. Wyszedłem więc z gabinetu lekarskiego, bo z ojcem był tam szwagier. Kiedy już po badaniu EKG teść się ubierał, przy lekarzu zapytałem szwagra: - Co z ojcem? A doktor mi odpowiedział, że EKG wyszło dobrze, nie widzi nieprawidłowości. Ale my mimo to prosiliśmy, by ojca jednak przyjąć. Szwagier mówił wprost, że taty nie weźmie do domu w tak ciężkim stanie. „Pacjent jest tylko podenerwowany i nie kwalifikuje się do szpitala” - usłyszeliśmy od lekarza. Nie tylko to powiedział, ale nawet napisał na skierowaniu do szpitala wydanym przez lekarza rodzinnego. I wyszedł zostawiając nas w gabinecie.
Józef Wocial był coraz słabszy. Kiedy lekarz wyszedł, posadzili go na wózku, bo miał problemy z chodzeniem. Widzące to pielęgniarki nie kryły zdziwienia, nawet interweniowały u lekarza, by ten pacjenta jednak pozostawił na obserwacji. Nie dał się przekonać. Zięć i syn zawieźli więc chorego do samochodu i odjechali. Pielęgniarki poradziły mężczyznom, by po powrocie do domu zadzwonili po raz kolejny na pogotowie i tym razem skłamali mówiąc, że chory stracił przytomność, wówczas na pewno karetka przyjedzie i zabierze pacjenta do szpitala. – Postanowiliśmy, że tak właśnie zrobimy – mówi Kamil Komuda. – Dojechaliśmy do domu. Teść wysiadł z samochodu i zrobił może z sześć kroków. Przewrócił się, dostał drgawek. Stracił przytomność. W ciągu 10 minut pogotowie już było. Było tak, jak nam poradzono, tylko że działo się to naprawdę. Przyjęto go w końcu do szpitala. Tam przeprowadzono reanimację. Teść zmarł. Od pierwszej wizyty w szpitalu do śmierci przed domem w Karolinie upłynęło pięć godzin. Kamil Komuda komentuje krótko:- Teściowi życia nic już nie wróci, ale chodzi nam o to, by ktoś inny nie musiał przez takie piekło przechodzić.
Zgłosił zdarzenie w mińskiej prokuraturze. Skargę na lekarza, który nie przyjął teścia do szpitala, tylko notorycznie go odsyłał do domu, napisał do NFZ, do Izby Lekarskiej, do dyrektora MSPZOZ w Mińsku i do Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere, organizacji osób poszkodowanych przez błędy lekarskie. – Zależy nam, by sprawa nie utknęła w gąszczu procedur administracji, by nie była zamieciona pod dywan – komentuje.
Sekcja zwłok wykazała przyczyny zgonu Józefa Wociala: miażdżyca uogólniona, zawał mięśnia sercowego, obrzęk płuc. Czy lekarz popełnił błąd w sztuce lekarskiej? – Nie ja oceniam, czy to był błąd w sztuce – mówi dyrektor SPZOZ w Mińsku Mazowieckim, Mieczysław Romejko. – Nie do mnie należy taka ocena, bo nie mam tytułu do oceniania. Powołam wewnętrzną komisję, która przeanalizuje dokumentację pacjenta. Prokuratura ze swej strony prowadzi postępowanie. Oddział ratunkowy w szpitalu to miejsce newralgiczne. Ja z tego typu postępowaniem się nie godzę, ale decyzję podejmę po wyjaśnieniach sprawy. Lekarz, którego rodzina podejrzewa o błąd w sztuce lekarskiej, pracuje w mińskim szpitalu na kontrakcie. Ma tytuł doktora nauk medycznych i pierwszy stopień specjalizacji. – Ostatnio nawet były pochwały pod jego adresem – mówi dyrektor Romejko. – Każdy z nas, lekarzy, przyjmuje pacjentów, operuje i każdy może popełnić błąd w sztuce. Ale nie mogę jako dyrektor oceniać, czy w tym przypadku to był błąd, czy nie. Przykro mi, że tak się stało. Według moich zasad i filozofii szpital powinien być dla pacjentów i powinno się ich przyjmować. Tu nikt nie stawia barier pacjentom. Ta sprawa wymaga wyjaśnień, by wyciągnąć z niej wnioski na przyszłość. Wszystko jednak zależy od pracowników. Są tacy, którzy ciągną wóz do przodu, są tacy, którzy tylko na tym wozie jadą i tacy, którzy ciągną go do tyłu. Chciałbym, aby takie sytuacje jak ta nigdy nie miały miejsca. Niestety, są sprawy, których nie można naprawić.
Jak nas poinformowała Krystyna Gołąbek, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Siedlcach, 27 stycznia prokuratura podjęła śledztwo w sprawie zaniechania w dniu 21 stycznia należytych zabiegów leczniczych przez osobę, na której ciążył obowiązek opieki nad pacjentem, w następstwie czego doszło w tym samym dniu do zgonu pacjenta. Przeprowadzono już sądowo-lekarskie oględziny i sekcję zwłok pokrzywdzonego, przesłuchano część świadków, podjęto czynności zmierzające do uzyskania dokumentacji obrazującej proces leczenia pacjenta. Należy przypuszczać, że w sprawie tej zasadnym będzie - po zebraniu odpowiedniego materiału dowodowego - uzyskanie opinii biegłych, którzy wypowiedzą się, czy śmierć pacjenta była rezultatem błędu w sztuce lekarskiej.
Czyn, który stanowi przedmiot śledztwa, jest zagrożony karą pozbawienia wolności do lat 5. Śledztwo prowadzone jest w sprawie, co oznacza, że nikomu nie zostały jeszcze przedstawione zarzuty.