- O chorobie nie wstydzę się mówić, nie boję - kwituje wydarzenia ubiegłego roku. - Nazwijmy to po imieniu: rozpoznano u mnie nowotwór. Odkrycie choroby, to był czysty przypadek. Nie niepokoiły go żadne bóle głowy, luki w pamięci, nic z tych rzeczy.
- Ale miałem dzień po dniu dwie stłuczki samochodowe. Niegroźne. Po prostu parkując, za blisko podjechałem i otarłem się o inne auto. Poszedłem do okulistki po nowe okulary. Po rutynowym badaniu dna oka, od razu pojechał do szpitala. Dziś wie, że nowotwór rozwijał się około 5 lat.
I że Bóg nad nim czuwał, bo tym razem nie zlekceważył zaleceń lekarzy.
.
Andrzej Meżerycki znany jest bowiem z tego, że nie ma choroby czy infekcji, która położyłaby go do łóżka. Grypy przechodzone, wykichane, wykaszlane. Ale jak tu się położyć, gdy ciągle jest coś zaczęte, co trzeba dokończyć? Nie na darmo nazywano go „człowiekiem orkiestrą”. Sam musiał dopilnować tego, co w sumie należało do innych ludzi, do jego pracowników. Jednych to denerwowało, innym było na rękę, ale na Meżera nie było rady. Ot, myślenie całościowe. Broń Boże fragmentaryczne.
- Nie jestem pracoholikiem – zaznacza i okropnie się złości, gdy zarzucam mu, że łże, bo jest pracoholikiem, i to klinicznym. - Jestem po prostu bardzo zaangażowany w swoją pracę. Dobra. Jak zwał, tak zwał. Ale ta aktywność i zaangażowanie trzymały go w chorobie przy życiu. Przeszedł naświetlania i kilka dni temu wziął ostatnią chemię.
W międzyczasie prowadził audycje w radiu i telewizji, reżyserował i prowadził koncerty. No, jak tu się położyć, gdy tyle rzeczy musi doprowadzić do końca, do finału? Właśnie te rozpoczęte projekty zadecydowały o jego losie. O tym, że pozostał w Siedlcach. Nowym okresem w jego pracy artystycznej była organizacja koncertów Miss Polonia. Regionalny konkurs był na tak wysokim poziomie, że szefowie Biura Miss Polonia zaproponowali mu reżyserię finałów, transmitowanych przez TVP. Był na fali. Zaraz potem porwali go amerykańscy Polonusi. Wyreżyserował im koncerty w Fort Lauderdale i w Miami na Florydzie. Od ręki otrzymał propozycję pracy za oceanem. To były czasy, gdy ludzie kombinowali, jakby to do Stanów do pracy pojechać. A Meżer wrócił. Bo musiał tu dokończyć rozpoczęte projekty.
Podobnie było z telewizją. Po koncertach Miss Polonia dobił do czołówki polskich reżyserów estradowych. Nawet Marek Grechuta wybrał go do napisania scenariusza i reżyserii swego benefisu w 1998 roku w Sali Kongresowej. Ten koncert stał się już legendą. Potem telewizyjna „Dwójka” powierzyła mu scenariusz i reżyserię koncertu „Pożegnanie XX wieku” i trzyczęściowego telewizyjnego widowiska. Wtedy też dostał propozycję reżyserii serialu telewizyjnego.
- Musiałbym być przez długi czas, aż sześć dni w tygodniu w Warszawie, na planie filmowym. Ale jak tak zostawić wszystko to tutaj? Centrum, imprezy, teatr? - wylicza.
I wrócił do Siedlec. Zostawił za sobą telewizję, perspektywę kariery w wielkim świecie. To był świadomy wybór innego życia. Nie ukrywa, że to praca tutaj daje mu satysfakcję. Zwłaszcza od czasu, gdy reaktywował Teatr ES. Jego niekłamana miłość. Założył go w 1976 roku i był to jeden z najlepszych teatrów studenckich w Polsce. Come back, i to w wielkim stylu, nastąpił w 2000 roku. Takie chwile, jak owacje na stojąco po jednym ze spektakli, zapewne utwierdzają go w słuszności swych życiowych wyborów i decyzji.
Andrzej Meżerycki obchodzi właśnie 30-lecie pracy zawodowej. Zżyma się, że nie jest to tożsame z jubileuszem pracy artystycznej, bo po podliczeniu wychodzi, że w tej drugiej kategorii stuknęło mu już 38 lat. Debiutował bowiem jako 17-latek, wyreżyserowanym przez siebie spektaklem, który zdobył uznanie i był nagradzany w kraju. Próbował też sił w grafice (jego dwie prace skradziono z wystawy, co raczej by wskazywało, że uznanie i przyszłość i w tej dziedzinie by osiągnął, zakładając, że złodziej miał gust, oczywiście). Ale wygrał teatr, estrada, animacja kulturalna i artystyczna. Patrząc na jego prace i osiągnięcia, nie można oprzeć się myśli, że przykładał rękę do tego, co dziś legendarne, kultowe, elitarne. Nie byłoby LIMESU bez Meżera, nie byłoby RECITALU, Siedleckich Dni Teatru i wielu innych imprez, które mają markę w Polsce. Gdy został dyrektorem CKiS, Siedlce awansowały do miana kulturalnej stolicy Mazowsza, były wymieniane w krajowych rankingach najlepszych ośrodków kulturalnych w kraju. Jak król Midas, czego dotknie, to w złoto zamieni.
Charakterologicznie – trudny człowiek (przepraszam Jędruś, ale ktoś ci to musi powiedzieć). Choć, jak sam zauważył, z latami łagodnieje.
- Kiedyś było „bez dyskusji” - przyznaje, wspominając relacje z podwładnymi. - Teraz wiem, że z ludźmi się rozmawia, a nie rozkazuje.
Kocha góry, mimo iż pochodzi z Pomorza. Gdy uda mu się uciec na urlop do Słowacji, odwiedza swój Sabinov. Ma tam przyjaciół. Takich prawdziwych. Z którymi rozumie się bez słów. Chodzi po górach sam, do upadłego. Teraz, po chorobie, tęskni za nimi bardzo.
- Nie żałuję moich wyborów. Spotkałem w życiu wspaniałych ludzi. Te spotkania nam wzajemnie dały dużo.
Przeżył już moment żegnania się z życiem. To było wtedy, gdy wieziono go na salę operacyjną.
- Nagle wszystkie myśli odeszły – wspomina.
A potem, jak to Meżer, doprowadzał do łez pielęgniarki, które kazały mu siadać na wózek, a on, oczywiście, sam, na własnych nogach docierał tam, gdzie się wybierał. Niektórzy żartują, że w tym swoim codziennym pędzie, po prostu nie zauważył, że był ciężko chory. Może i tak było? Ale faktem jest, że przez te wszystkie lata Andrzej Meżerycki stał się pewnym elementem siedleckiego krajobrazu. Niemal 20 lat pracy na stanowisku dyrektora CKiS, wcześniej w studenckim ośrodku LIMES zrobiło swoje. Jest tak, jakby Meżer, po prostu, zawsze był.