| |
2008-04-02
„Skarb narodów: Księga Tajemnic”, „Piękność w opałach”
Miejmy nadzieję, że zima, której tak naprawdę właściwie nie było, już nie wróci. Ale pamiętajmy, że gdyby wróciła, zawsze możemy rozgrzać się w kinie na amerykańskiej superprodukcji „Skarb narodów: Księga Tajemnic” w reżyserii Johna Turteltauba, który był także przed czterema laty sprawcą części pierwszej „Skarbu narodów”, a wcześniej dał się poznać jako twórca m.in. sympatycznych komedii „Reggae na lodzie” i „Ja cię kocham, a ty śpisz”. Już więc tylko jego nazwisko gwarantuje sprawność realizacyjną filmu. Do tego należy dołożyć także imponujący zestaw wielkich gwiazd filmowych w rolach głównych i pobocznych (Nicolas Cage, Diane Kruger, Jon Voight, Helen Mirren, Ed Harris) i sukces gwarantowany. „Skarbowi narodów2”, mimo schematycznych do bólu bohaterów i rażących naiwności w scenariuszu, nie można w żaden sposób odmówić wartości rozrywki w najczystszej postaci. Jest to rzetelne, sprawne i nie wymagające myślenia kino akcji w duchu „Indiany Jonesa”, choć grający główną rolę Nicolas Cage tak się ma do Harrisona Forda, jak Rysio z Klanu do Hansa Klossa. W każdym razie bohater filmu, Benjamin Gates, tym razem szuka skarbu, którym mają być strony z pamiętnika zabójcy prezydenta Lincolna. To na nich zawarte są informacje mające być kluczem do udaremnienia spisku zagrażającego całemu światu. Jak się cała historia skończy - wiadomo, ale przyjemnie sobie na tę „oczywistą oczywistość” popatrzeć. Klasyczny produkt klasy „A” z Hollywood. Jeśli jednak ktoś woli filmy pozbawione aż tak wielkiego realizacyjnego rozbuchania, za to inteligentne i dowcipne, powinien obejrzeć czeską komedię Jana Hrebejka, autora słynnego filmu „Musimy sobie pomagać” o trójkącie, w którym żona miota się między bogatym i oddanym jej szczerze, choć niemłodym wielbicielem z włoskiej Toskanii, a nieudacznym, za to sympatycznym mężem. Mamy tu zgromadzone wszystkie najlepsze cechy czeskiego kina, które od kilku lat jest u nas coraz bardziej lubiane. Dystans, ironię, życiowe prawdy podawane w lekkiej, a nawet czasami groteskowej formie i bardzo dobre aktorstwo. Na ogół tych samych aktorów co zawsze, bo w czeskim kinie, tak jak u nas zresztą, twarze lubią się powtarzać. Aha, najważniejsze! Film nazywa się „Piękność w opałach”, jest fajny i w sam raz na wiosenną wyprawę do kina. Paweł Konopczyński
|