| |
Cie holender!
2010-03-10
Jedni piszą, że to było małżeństwo emerytowanych Holendrów, drudzy – że dwaj rośli Niemcy. Zdaniem innych, mogli być to nawet Duńczycy. Co do jednego nie ma wątpliwości – napadli i dusili. Znana jest także przyczyna tej bezprzykładnej agresji; była nią zbyt głośna rozmowa przez komórkę w przedziale. Incydent wydarzył się całkiem niedaleko, w pociągu z Lublina, pod Rykami. Tak czy siak, sprawa jest jasna – stetryczała, emerycka Europa rzuciła się na młodą, energiczną Polskę. Mówiąc ściśle: Polkę. I dotkliwie skarciła ją za rozpasane korzystanie z nowoczesnych technologii.
Jeśli to rzeczywiście byli Holendrzy, muszę przyznać, że jestem ździebko zdziwiony. Moje wspomnienia z Amsterdamu, choć skromne, są całkowicie pozbawione śladów jakiejkolwiek napastliwości. Holenderscy emeryci zasadniczo nie sprawiają wrażenia, iż przyjeżdżają do naszego kraju, by dusić tubylców. Może akurat mieli zły dzień? Mogło się zdarzyć. Choć mogło być też inaczej. Dzień mieli jak marzenie, jechali sobie spokojnie, kontemplowali zimowy krajobraz naszej ojczyzny i tylko rosło w nich coś, nad czym nijak nie potrafili zapanować. Rosło, rosło, aż wybuchło. Być może nie było to pierwsze spotkanie z naszymi uroczymi rodaczkami i ich zapracowanymi telefonami. Może mieli już w tej kwestii ugruntowane doświadczenia? Wtedy rzeczywiście mogli nie zdzierżyć.
Nasza mowa ojczysta, pełna świszczących i szeleszczących spółgłosek, tych wszystkich swojskich „sz”, „cz”, „ź”, „ż”, „dz”, „dź”, „dż”, w uszach obcokrajowców brzmi równie błogo, jak zamiatanie suchą miotłą liści na betonie. Dla niewprawnego organu słuchu może być to drażniące. Rzucać się do gardła to oczywiście przesada. Wszystko jednak wskazuje na to, że duszenie było działaniem w afekcie. Że staruszków nadmierną rozmownością doprowadzono do ostateczności. Policjanci, co na pierwszy rzut oka może trochę dziwić, nadzwyczaj energicznych staruszków puścili wolno. Pozwolili im kontynuować podróż. Być może uznali, że nie ma co robić afery, bo i tak przed każdym sądem się wybronią. Kto raz jechał w przedziale z kimś gadatliwym, wie, o czym mówię.
Zachodnioeuropejska lotna brygada, niezwykle wyczulona na komórkowy savoir vivre, wciąż krąży po Polsce. Holendrzy są na wolności. Wypada więc wzmóc czujność. Z rozmawianiem w przedziale lepiej zatem dać sobie spokój. To samo w autobusie, w kinie, teatrze czy operze. Chcesz żyć, milcz. Nawet jeśli masz zestaw cichomówiący. Bo czy prosty komunikat: „I kopytka sobie odsmaż. Są w blaszanym garnuszku w lodówce, za sałatą” wart jest tego, żeby narażać życie?
Dariusz Kuziak |